Radość z jedzenia i złoty środek

Jedzenie to przyjemność. Wygląd jedzenia, jego kolory, faktura, zapach i smak to uczta dla zmysłów i podniebienia – bo przecież miseczka gorącego krupniku po zimowym spacerze, wakacyjna kiełbaska z ogniska czy kawałek sernika w niedzielne popołudnie dają nam coś więcej niż tylko zaspokojenie fizycznego głodu. One karmią nas całych – ciało, umysł i ducha.

Tymczasem u wielu osób jedzenie staje się przyczyną stresu i napięć – na każde danie patrzą przez pryzmat kalorii, chrupiąc liść sałaty marzą o pieczonych ziemniakach z koperkiem, wcinając jogurt z otrębami daliby wszystko za kawałek ciasta czekoladowego. I tak naprawdę ów kawałek czekoladowego ciasta przyniósłby im mniej szkody niż to ciągłe napinanie się i ograniczenia – te negatywne emocje, które zatruwają im każdą chwilę i prowadzą do życia w ciągłym stresie. A to z kolei wiedzie prosto do choroby, bo doskonale wiemy, że emocje wpływają na nasze ciało. Wpadamy więc w błędne koło ? chcemy dbać o swoje ciało, ale robimy to niewłaściwie i w rezultacie na szkodę własnego organizmu.

Oczywiście to wcale nie znaczy, że mamy objadać się bez umiaru wszystkimi dobrociami, na jakie przyjdzie nam ochota. W jedzeniu, jak we wszystkim, należy znaleźć złoty środek – czerpać z jedzenia radość i przyjemność, ale znać umiar. Należy wystrzegać się skrajności, bo żadna jednostronna dieta nie jest receptą na długofalowy sposób odżywiania. Pamiętajmy przy tym, że skrajnością jest nie tylko monodieta fastfoodowa czy serwowanie sobie mięsa na każdy posiłek, ale również obsesyjne pilnowanie, by wszystkie spożywane produkty były bio i eko. Skrajność może zadziałać na krótką metę, możemy odmawiać sobie czegoś przez miesiąc, rok, trzy lata, ale po pewnym czasie nasza wola się załamie. I wtedy po roku restrykcyjnej diety białkowej rzucimy się na świeże pieczywo i ziemniaki, a za chwilę okaże się, że ważymy więcej niż przed rozpoczęciem diety cud. Przecież każdy z nas albo sam doświadczył, albo zna kogoś, kto doświadczył efektu jojo. Podobnie jak każdy z nas zna kobiety, które przed ciążą miały doskonałą figurę (dzięki odmawianiu sobie różnych rzeczy), a po ciąży zostały z dodatkowymi dwudziestoma kilogramami. Wszystko dlatego, że przez dziewięć miesięcy, usprawiedliwiając się hasłem „teraz muszę jeść za dwoje” (które powinno brzmieć „teraz muszę jeść dla dwojga”), objadały się, bez poczucia winy pochłaniając słodkości czy tłuszcze, których tak długo sobie odmawiały, a za którymi tęsknił ich organizm. Napady chęci na coś słodkiego to nic innego, jak głos naszego wygłodzonego ciała domagający się słodyczy – ale nie czekolady, ciastek czy lodów, tylko naturalnej odżywczej słodyczy zbóż, warzyw, owoców. Wtedy zamiast tabliczki czekolady zjedzmy kawałek ciasta czekoladowego przyprawionego kardamonem, imbirem i goździkami, zamiast paczki ciastek przyrządźmy sobie pieczone jabłka pod kruszonką z płatków owsianych.

Warto tu zaznaczyć, że wszystkie powyższe wywody odnoszą się do osób zdrowych, które nie cierpią na żadną patologię wymagającą wprowadzenia ograniczeń w diecie. Jeśli równowaga organizmu jest zaburzona, wówczas trzeba pewne pokarmy wykluczyć z codziennego menu, ale tylko do momentu przywrócenia balansu. Natomiast zdrowy człowiek powinien jeść wszystko, pamiętając jedynie o odpowiednim przyrządzeniu i sezonowości potraw.